O dawnych grajkach („gracach”) miejscowych

Dawni grajkowie, jak ich Kurpie nazywają gracami, byli nieraz praw­dziwymi artystami z bożej łaski, samoukami grającymi i ludziom, i so­bie, niekoniecznie dla zarobku, ale ot tak, z potrzeby duchowej. Do tej kategorii „graców” należeli pastuszkowie, wygrywający na fujarkach, piszczałkach i dudkach. Grywali, a i dziś jeszcze grywają, na łąkach, w lasach, w wioskach przed chałupami. Najwięcej zdolności, życia i sen­tymentu wkładali w muzykę grajkowie na skrzypcach – „skrzypce”, jak mówiono. Grywali oni po wsi co wieczór, skupiali koło siebie mło­dzież i starszych, uczyli śpiewu, tworzyli nowe melodie, przechowywa­li w pamięci stare. Niemal każda wieś miała swego skrzypka, który był łubiany i szanowany.

Skrzypkami byli ludzie młodsi, starsi i w zupełnie dojrzałym czy podeszłym wieku. Bywało, iż stateczni gospodarze para­li się jednocześnie grą na skrzypcach. Skrzypkowie grali na każde za­proszenie młodzieży lub znajomych, grywali i u siebie w chałupie, gdzie schodziły się małe dzieci, by nauczyć się tańca, lub starsza młodzież na zabawy. Takim ,gracem” z powołania był na przykład Seweryn Zawrot­ny w Pełtach. Grywał on na skrzypcach bez względu na to, czy mu kto zapłacił, czy nie. A Seweryn Tyc, z tejże wsi, zrobił sobie skrzypki z „jeglijiny” [jedliny], a grał ślicznie, jak to do dziś twierdzą starzy ludzie. Kiedy zapalił się mu dom, ratował przede wszystkim skrzypce, a gdy je wyrwał z ognia, usiadł opodal za stodołą, nastroił i zaczął grać. Resztki domu palą się, ludzie płaczą, a on gra… „Com uratował, tem się desę” – odpowiadał.

We wsi Łyse, w powiecie kolneńskim, żył podobny artysta, Łukasz Śmigiel (zmarły około 1900 roku). Grał on pięknie – wesoło albo smut­no i rzewnie, „całkiem do płacu”; grał i przyśpiewywał razem. Wykony­wał też własny utwór, zaczynający się od słów: „A moja jełochna, gdzie ni sie podziała…” Szukał wtedy „jełochny”, a skrzypcami wygrywał jej beczenie, płacz szukającej „jełochny” dziewuchy, potem jak krowa ry­czała, potem bek radosny, a wreszcie, gdy ją odnalazł, grał wesoło i ska­kał razem.

Łukasz Serafin wygrywa ‚na głowie’, co już było sztuką nie lada. Grywał w ten sposób tylko przy specjalnej ‚ochocie’

A Łukasz Serafin ze wsi Baliki nad Pisą, grający z zamiłowania na każde zaproszenie po wsiach na weselach. Grywał nie tylko trzymając skrzypce zwyczajnie jak inni, ale również trzymając je na plecach, na szyi, na głowie – prawdziwy sztukmistrz!

A Gabriel Pardo z Nowogrodu, klarnecista na całą okolicę, co grał sześćdziesiąt lat na swym instrumencie, płuca miał jak miechy, co rok przez dziesiątki lat na tratwy chadzał i znano go z pięknego grania wzdłuż Narwi i nad Wisłą pod Włocławek, Toruń i Gdańsk!

A Marceli Rainka, „muzykant” z Zabiela pod Kolnem – kto go nie znał w tych stronach!

A Paweł Bacławski z Lelisa (Ostrołęckie), co to grał i śpiewał zarazem, nigdy nie będąc zmęczony!

A w Zbójnie za Nowogrodem „pierwszym muzykantem” na całą oko­licę był niejaki Kisiel, grajek na skrzypcach. Grywał zwykle odwróciw­szy się plecami do tańczących; nieraz tancerze poszli z izby, a on grał. Mówił, że nie może patrzeć na tańce. „Grać lubił, żeby go małe dziecia­ki poprosiły, to on grał…”

A wielu, wielu innych, co rozweselali ludzi, budzili wesołość po wsiach, kolędowali przez całe tygodnie, grali od lat młodych do późnej starości… Kto by ich wszystkich zliczył i opisał?!

W czasie uciechy weselnej tańczący wołają do grajków:

„Grajta grace, bo ja skace!”

Kiedy grajkowie przestają grać, podochoceni tancerze wołają:

„Albo grajta, albo psianiądze oddajta!”

A jak który muzykant, dość niewprawny, kiepsko przygrywa, to go przedrzeźniają:

„Mysy, mysy, chtórna słysy,

Chtórna głucha, niech nadstazi ucha”.

O muzyce wśród Mazurów mazowieckich mamy kilka ciekawych uwag w Dziejach Mazowsza F. Kozłowskiego. Muzyka ta była według opisu: „albo huczna, czyli trąbienie, albo cicha, czyli gędźba. Huczną składały trąbki, bębny i niekiedy kobza, czyli koza albo dudy, których odgłos wrzaskliwy lubiano i mazowieckie dudy słynęły głośno w całej Polsce. Dudarzy mazowieckich wszędzie było pełno, nie tylko po miastach i wsiach osiadłych, ale i wędrujących, co przebiegali z «kobzą» w ręku a pieśnią na ustach sioła, dwory i zamki, mianowicie w XVI wieku za Ste­fana Batorego tak dalece, że na sejmie roku 1584 ustanowiono, że każdy dudarz rocznie winien był płacić podatku 24 groszy ówczesnych”. Po­datek ten ustanowiony był dlatego, by masowe wędrówki dudziarzy nie­co ukrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *